Witajcie!
Dzisiejszy post jest trochę ku przestrodze, a trochę do pośmiania.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem wpadłam na genialny pomysł - zakup szafki pod zlew do łazienki na piętrze - bo od dawna była potrzebna.
Obgadałam sprawę z mężem, wszystko dokładnie zostało wymierzone i zaplanowane, bo jak to - nowa szafka to i nowa umywalka. Przy okazji postanowiłam też wymienić lustro na trochę nowocześniejsze.
I w sobotę pojechaliśmy do sklepu 100 km od domu...
Kupiliśmy szafkę, nową umywalkę, lustro i jeszcze dwa żyrandole.
Po powrocie do domu okazało się, że wydali mam z magazynu inny mebel, więc powrót do sklepu.
Wróciliśmy po godz. 16.00, przygotowałam łazienkę, złożyliśmy szafkę, odkręciliśmy stary zlew i WIELKI SZOK!
Okazało się, że po starej umywalce zostają dziury w ścianie, a nowa ich nie zakryje...
Tak więc trzeba wymienić 3 płytki - i tylko trzy mamy w piwnicy.
Nerw nas trzepał niemiłosiernie. Mąż wściekły przyniósł młot udarowy i odkuł pierwszą płytkę przy okazji uszkadzając kolejną - więc wymienić trzeba 4 płytki!
O 23.00 poszliśmy spać, a w niedziele rano (dobrze, że była niedziela handlowa) kolejna wycieczka do sklepów w poszukiwaniu pomysłu - co zrobić?
W sumie projekt: szafeczka przeciągnął się do środy.
I dobrze wyszło, jestem zadowolona, ale te nerwy... nie życzę nikomu.
Zdjęcia poniżej.
Tak jest teraz:







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękuje za każde słowo...
Pozdrawiam Kasia